Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 listopada 2010

Jerzy Franczak (WYWIAD, ale nie rzeka)




Jestem autorem bloga Strefa Kreatywna i dlatego najbardziej interesuje mnie tworzenie. Jak powstaje dzieło, które zyskuje nowe, odrębne życie? To takie niewinne pytanie na początek. Pierwsze pytanie jest najtrudniejsze.


Pierwsza odpowiedź też jest najtrudniejsza. Czuję tutaj duży opór materiału [śmiech]. Pisanie jest dla mnie czymś oczywistym. Od bardzo dawna jest sposobem, że tak powiem, urefleksyjniania życia, radzenie sobie z nim. Po części moja biografia jest moją bibliografią. Tzn. jeżeli przypominam sobie przeszłość, to kojarzy mi się ona z książką, którą wtedy pisałem albo opublikowałem. To znaczy, że te książki, których jest całkiem sporo z rozmaitych względów - tworzą taki ślad. To jest coś, co za sobą zostawiam i coś, do czego czasem mniej lub bardziej się odnoszę. Bo nie lubię swoich książek w ogólności.


Nie?


W momencie, gdy mają w maszynopisie pierwszych czytelników zaczynają się ode mnie oddzielać, a gdy przyjmują postać książki stają się rzeczą obcą, ode mnie niezależną, wiodą swój własny żywot. I nie ma siły, która by mnie zmusiła do lektury całości, najwyżej fragmentów, gdy jest to przymus publiczny.


W takim razie nasuwa się pytanie, gdy ta książka już powstanie, a ty tracisz z nią kontakt, co sobie myślisz widząc, że budzi ona określone reakcje.


Staram się wsłuchiwać w te reakcje, i jestem zadziwiony.


Myślisz, że to jest bicie piany?


No, różnie bywa. Są różne teorie, jeśli chodzi o opinie krytyczne, głosy, recenzje itd. Te słynne cyniczne zawołania Skamandrytów: Nie ważne czy dobrze, czy źle, ważne żeby długo lub krótko i z nazwiskiem. Ja bym powiedział, że są teksty-reakcje rozumiejące i nierozumiejące, niezależnie od tego, czy są pochwalne, czy też nie. Mała pochwalna notka w jakimś tygodniku wygląda tak, że moim zdaniem jest w ogóle mowa o innej książce. Dla przykładu pewna poczytna gazeta niedawno opublikowała dużą recenzję Da capo, w której przeczytałem, że książka kończy się happy endem. Ja w ogóle nie przewidziałem takiego scenariusza lekturowego. Wyobrażam sobie, że taki powrót do domu rodzinnego to nie jest rzeczywisty obraz pojednania z ojcem i tu nie zaczyna się sielanka. Nie wpadłbym na to. Ok. Zdaję sobie sprawę, że nie ma odczytań słusznych, prawidłowych i błędnych, mylnych, jednak bywają bardziej lub mnie odklejone. I to jest życie książki. To już przestaje być moje.



Ta książka jest częścią tryptyku, może nawet czegoś większego. Ale mimo wszystko jest napisana innym językiem. Ja ją traktuję dość oddzielnie. Wydaje mi się, że w swojej formie jest bardzo spójna, od początku do końca. Co ty o tym sądzisz?


Może w tym sensie, że doskonalę swój warsztat (że posłużę się sloganem). To znaczy pisząc książki w coraz większym stopniu je planuję. Na przykład Przymierzalnię, która poprzedza ten cykl, traktuję jako ostatnią przymiarkę do dobrze zrobionej powieści – wtedy improwizowałem. Trochę free jazzowo, nie wiedziałem wówczas w jakie rejony mnie to zaprowadzi, starałem się to utrzymać w jednolitej tonacji. Nieludzką komedię już w większym stopniu zaplanowałem, miałem zrąb fabuły, jednak nie zmienia to faktu, iż pierwsze rozdziały są swobodne, gawędziarskie, dość luźno wiążące się z głównym tematem. Tutaj szkielet fabularny był oczywiście od początku zaplanowany. A poza tym, mówisz, że jest trochę inna. Rzeczywiście mam taką ambicję, żeby każda z powieści tego cyklu była trochę inna. Konstrukcyjnie, stylistycznie i tematycznie. Wytłumaczenie jest proste, prosty wybieg antybalzakowski, to wszystko pisane jest w pierwszej osobie, każdy z tych narratorów ma inny bagaż doświadczeń, inne myśli i opowiada innym językiem. Próbuję się w to wczuć i z tej perspektywy przedstawić jego świat, tak więc każda historia musi być trochę inna, inaczej zrobiona.


Widać to szczególnie, gdy porównamy braci w obu powieściach; oni reprezentują zupełnie inne światy, inne myślenie, prawda?


I tak jest. Istnieje nierozstrzygnięty, a może nierozstrzygalny spór, ile naszych cech, poglądów, na ile nasz charakter jest rzeczą uwarunkowaną kulturowo, a na ile przypisaną, zaprogramowaną, wrodzoną. Ale jest tak, że ludzie, którzy wyrastają w tych samych okolicznościach, w tym samym piekiełku domowym w tym przypadku zupełnie inaczej mogą reagować. Pisząc Nieludzką komedię już planowałem następną część, dlatego Emil, kiedy tylko natrafia na temat rodziców, domu rodzinnego, dzieciństwa, ostentacyjnie przerywa swą opowieść, zbywa ją milczeniem, mówi - mniejsza o to, to nieważne - robi miejsce na opowieść Kamila. Zaparł się tego i wyparł to, co Kamil stara się przepracować w swojej opowieści.



Bardzo podoba mi się szczerość w Da capo. Bohater robi swoisty coming out swoich emocji, mówi po kolei jak jest. Mamy do czynienia z rozrachunkiem z własną seksualnością, nazwaniem emocji po imieniu, określeniem słabości. Jest to także krucjata jakiej dopuszcza się bohater, krucjata na polskim społeczeństwie. Bohater rozprawia się z „polaczkowością”, z udawaniem, grą pozorów. Może faktycznie czas powiedzieć - dosyć tego udawania. Kamil poszukuje swojej wartości i próbuje się zdefiniować na nowo. Czy to, co mówię jest nadinterpretacją, moją fantazją?


To nie jest twoja fantazja. Ale nie traktuję tej książki jako rozprawy z polskością. Każda kultura ma swoje ograniczające schematy, normy, nakazy, zakazy i sfery tabu. Powiedzmy, że u nas jest to specyficznie zaprawione konserwatyzmem i zaściankowym katolicyzmem. I rzeczywiście wątki krytyki tego rodzaju mentalności można z łatwością odnaleźć w tej powieści. Natomiast w większym stopniu interesował mnie bardziej uniwersalny mechanizm kształtowania człowieka. Są pewne sfery tabu, a ja mam taką ambicję, by je przełamywać, tak rozumiem po trosze rolę literatury, która jest w stanie nam, czytelnikom, czynić dostępnym coś, co wymyka się innym sposobom porządkowania, opisywania rzeczywistości.


Twoja książka rozprawia się z pewnym wspólnym doświadczeniem pokoleniowym. Problemy bohatera wynikają z jego układu rodzinnego. Kiedyś archetyp ojca wyglądał inaczej niż dziś (wtedy surowy i niedostępny). To pociągało za sobą określone problemy. Ale okazuje się, że nie są to jednostkowe przypadki, lecz mamy do czynienia z ewidentną prawidłowością.


Tak, mam taką intuicję, że wychowywaliśmy się, dorastaliśmy na przełomie dwóch różnych ustrojów politycznych, ale też dwóch różnych epok. Na to nałożyły się rozmaite przemiany obyczajowe, rewolucja technologiczna itd., w związku z czym dla mnie, moje wspomnienia z blokowiska – wychowywałem się w Nowej Hucie – to przebłyski z zupełnie innego świata, który transformacja zmiotła z powierzchni ziemi. Za tym idzie też przemiana pewnych modeli wychowania, na ogół nie chowa się dzieci tak, jak to się robiło kiedyś. Jeśli chodzi o wspólnotę pokoleniową, to – myślę - coś jest na rzeczy, to nie jest tylko wspólnota grypsu, przekleństw, bo jednak zmieniają się okoliczności, determinacje społeczne, kulturowe, a one maja na nas duży wpływ.


Czyli wspólnota psychologiczna.


Tak. Wspólnota psychologiczna.



Teraz chwil kilka poświęćmy formie Twojej powieści. Da capo to książka kunsztownie napisana. Gry słów, żonglerka nazwiskami, zabawa w skojarzenia, melanż metafor. Jest to immanentna cecha twojego pisarstwa. Ty lubisz zaskakiwać, zaciekawiać, prowokować, wprowadzać twist.


Może w tym jest trochę pisarskiej kokieterii, tak jak to przedstawiasz. Literatura przede wszystkim jest rodzajem gry, to znaczy niekoniecznie zabawy, ale gry, która zakłada całkiem serio uczestnictwo w świecie. Tak jak inne nasze gry, towarzyskie i rozmaite inne. Zresztą ja dochodziłem do świata od strony literatury. Zaczynałem od poezji. Bawiłem się bardzo odjechanymi, odklejonymi obrazami. Słowami, które wyzbywały się znaczenia.


Czyżby poezja konkretna???


Nie. Raczej mówiono przy tej okazji o nadrealizmie, postmodernizmie, o grach tekstowych, więc ja przychodzę od strony zabawy słowem.


Czyli to znaczy, że ty żyjesz w literaturze, może ciebie nie ma tu i teraz, a jesteś w książce. Co o tym sądzisz?


Ja żyje na starym Podgórzu. [Śmiech]. To jest standardowe pytanie. „Jak to się dzieje, że ty nie świrujesz, jak ty możesz funkcjonować w ten sposób, że piszesz o książkach, gadasz o książkach do studentów, wymądrzasz się o nich w telewizji?”


Nie postawiłbym tak odważnej tezy ( ...że świrujesz). [mój uśmiech]


Ale wiesz, powiedziałem, że to jest bardzo poważna gra. Powiedziałbym po pierwsze (na odwal się), że mam z tego fun. A po drugie znowu bardziej górnolotnie, wszyscy żyjemy trochę w fikcjach – rozmaitych… tożsamościowych i innych, i tworzenie fikcji, ale też czytanie książek jest taką próbą poznawania ich granic, negocjowania, badania ich wytrzymałości. Dlatego interesują mnie ekstrema, sytuacje skrajne, bohaterowie leciutko przerysowani, może radykalni.


Czy to znaczy, że przekroczyłeś granicę kreśląc tego bohatera?


Mam nadzieję, że balansuję na granicy. Mówisz o granicy w liczbie pojedynczej, a my żyjemy w przestrzeni złożonej z samych granic. Chodzi o to, by uświadamiać ich przekraczanie. Nawet teraz, rozmawiając sobie sympatycznie, cały czas balansujemy na wielu granicach, zażyłości, wiesz, i innych, każda sytuacja jest transgresyjna, rozmawiamy, tańczymy na linie i tak dalej…



Dziękuję Ci serdecznie. Na koniec jeszcze dwa słowa do odbiorców tego bloga, aby zachęcić ich do przeczytania Twojej książki.


Ja bym powiedział, parafrazując slogan psychoanalityczny, że Da capo to rzecz o rodzinie jako źródle cierpień. Czyli rodzina nas ogranicza - ale i tworzy. Daje przestrzeń wyboru, wolności, jakkolwiek to nazwać. Nic nie jest proste. Dlatego zamiast prostych cięć wybieram pracę powolną i uważną w tej zawikłanej materii.

http://franczak.wydawnictwoliterackie.pl/


piątek, 22 października 2010

Jerzy Franczak ~~~~przedsmak



Spotkałem Jerzego Franczaka, którego twórczość bardzo lubię. Mam obiecaną rozmowę z nim, którą opublikuję, mam nadzieję, niebawem. A tymczasem przestawiam "telegraficznie" jego osobę cytując za Wydawnictwem Literackim:


"Jerzy Franczak (ur. 1978) – prozaik, poeta, autor esejów i szkiców literaturoznawczych. Wydał zbiory opowiadań Trzy historye (HA!art, 2001), Szmermele (Nowy Wiek, 2004) i Algi, kalki, zębatki (Świat Przedstawiony, 2004), zbiór esejówGrawitacje (Rita Baum, 2007) oraz powieści Przymierzalnia (HA!art, 2008) i Nieludzka komedia(Wydawnictwo Literackie, 2009). Jest autorem dwóch rozpraw o literaturze nowoczesnej: Rzecz o nierzeczywistości (Universitas, 2002) i Poszukiwanie realności. Światopogląd polskiej prozy modernistycznej (Universitas, 2007). Współtwórca (wraz z Piotrem Kalińskim) książek artystycznych. Wykłada literaturę współczesną na Uniwersytecie Jagiellońskim. Współpracuje z "Tygodnikiem Powszechnym". W TVP Kultura prowadzi program o nowościach wydawniczych "Czytelnia". Jego teksty były tłumaczone na język włoski, francuski, niemiecki, angielski i czeski."


"Bohaterem poprzedniej powieści Jerzego Franczaka, Nieludzkiej komedii, był niespełniony pisarz Emil Król. W Da capoobserwujemy losy jego brata. Kamil prowadzi stabilne życie: ma dobrą pracę w korporacji, żonę i małą córeczkę. Nikt nie wie, że niesie przez dorosłe życie bagaż traumatycznych doświadczeń: ojciec-tyran, szkolne prześladowania, erotyczne upokorzenia… Przypadkowo poznana kobieta z przestępczego półświatka wywraca jego świat do góry nogami. Kamil porzuca rolę grzecznego syna, sumiennego pracownika, przykładnego męża i ojca. Wikłając się w namiętny i niebezpieczny romans, odkrywa swoje stłumione pragnienia, a zarazem musi stawić czoła demonom przeszłości."




niedziela, 29 listopada 2009

Wolałbym NIE


W klubie KOMBINATOR w Nowej Hucie (http://klubkombinator.blogspot.com/) ruszył projekt FILIA NOWA HUTA (Czytelnia książek z opcją na wynos) (http://filianh.blogspot.com/). Klub chce "orbitować" wokół literatury (nowohuckiej = literatury soc, literatury współczesnej rozgrywającej się w Nowej Hucie i literatury skoszarowanej w Nowej Hucie - na dowolny temat). Pomysł kapitalny i Strefa Kreatywna głosuje na TAK. Projekt wspiera portal http://terazhuta.pl/ oraz korporacja ha!art http://www.ha.art.pl/ . Idea polega na przybliżaniu wspomnianej literatury tamtejszym czytelnikom. Cykl spotkań zainaugurowali pisarze Łukasz Orbitowski i Sławomir Shuty promując antologię "Wolałbym nie". Prowadził Grzegorz Jankowicz.




Pomysł na antologię zrodził się w ramach linii krytycznej wydawnictwa ha!art niejako w odpowiedzi na propozycję zorganizowania off-festiwalu do festiwalu Czesława Miłosza ZNIEWOLONY UMYSŁ. Celem było pokazanie młodej polskiej prozy w kontekście zniewolenia. Za punkt wyjścia obrano nowelę Hermana Melville'a Kopista Bartleby, gdzie główny bohater - zatrudniony do żmudnej roboty w kancelarii adwokackiej - po jakimś czasie karnego sprawowania obowiązków - buntuje się i na prośbę o cokolwiek odtąd zaczyna odpowiadać zdaniem "I would prefer not to". Ta specyficzna forma sprzeciwu - nie wprost a chyłkiem - odbiła się szerokim łukiem w późniejszym dyskursie literackim, politycznym i filozoficznym. Jak widać temat ten zaistniał także w utworach, które powstały na potrzeby owego tomiku.




Orbitowski, Jankowicz, Shuty



Co uwiera Orbitowskiego i Shuty.

Sławek Shuty temat delikatnego sprzeciwu traktuje osobiście. Konieczność pisania tego rodzaju tekstów na zamówienie jest dla niego opresyjna. Padają nawet mocne słowa = to forma pręgierza. Nosząc etykietkę anarchisty walczącego z instytucjami Shuty męczy się takim pisaniem, choć wie, że by żyć (zarobić) musi ulegać zadanej konwencji, a ten sprzeciw siedzi w nim głęboko, może nawet jest to ta słowiańska przekora, która każe kontestować wszelkie polecenia.

Łukasz Orbitowski czyniąc bezpośrednie odwołanie do Zniewolonego Umysłu opowiada o swoim bohaterze, pisarzu Omega. Ta postać zmaga się z konsekwencjami pewnych wyborów życiowych. Jego cichy sprzeciw to NIE wobec przyzwyczajeń, zaszufladkowania i generalnie złożoności świata. Co zrobić by osiągnąć sukces. Z której strony wieje wiatr. Jak pisać, by to czytano. "Czy można pisać, że Kaczory są złe, czy trzeba sobie odpuścić. Czy powieść lesbijska jest jeszcze ok, czy już passe". Mnogość idei, prądów, mód nie pozwala na prawidłową ocenę sytuacji. Człowiek jest zagubiony i to jest kazus naszych czasów. W efekcie mamy do czynienia z rozpadem osobowości we współczesnym świecie, zanikiem ról, pomieszaniem pojęć.




Zatem poczytajmy o tej nowej formie sprzeciwu. WOLAŁBYM NIE. Brawo Filia Nowa Huta i wszyscy ludzie wokół projektu.

środa, 25 listopada 2009

Świat wg Juliusza Strachoty

Jakiś czas temu wpadła mi w ręce ta oto książka.


Juliusz Strachota
Cień pod blokiem Mirona Białoszewskiego






Lekko zaciekawiony zabrałem się za lekturę i wpadłem po uszy. Ten zbiór opowiadań prezentuje wg mnie bardzo spójną wizję świata - surrealistycznego, postmodernistycznego, chaotycznego, metafizycznego i tego zwykłego, realnego. Główny bohater, zarazem podmiot mówiący - to postać skomplikowana i bardzo intrygująca. Postanowiłem odszukać autora tych opowiadań, a ponieważ należę do ludzi, którzy zawsze wcielają w życie swoje postanowienia, po krótkich poszukiwaniach namierzyłem Juliusza Strachotę (uwaga) na Facebooku. Umówiliśmy się na rozmowę o "Cieniu..." i niniejszym przedstawiam zapis tego mini-wywiadu. A na deser fragment książki - audio - Poniżej >>>>>>>>


Raf: Zanim zapytam konkretnie o Twoją twórczość, ujawnijmy powód naszej rozmowy?
Juliusz Strachota: Rozmawiamy o "Cieniu pod blokiem Mirona Białoszewskiego", tylko pamiętajmy, że jest to cień pod blokiem Białoszewskiego, a nie cień pod Białoszewskim, co wiele osób myli na dobrą sprawę. Tu Białoszewskiego w języku, jak i w bohaterze niewiele się odnajdzie. Ten blok Mirona Białoszewskiego to była oś świata mojego dzieciństwa. Zdecydowanie ten blok traktowałem jako miejsce magiczne, bo mieszkałem obok. Zawsze oglądałem go z okien mojej podstawówki. To jest jedna z takich osi, na początku rogatek mojego świata, za które nie mogłem się oddalać, a potem to było dla mnie w zasadzie centrum świata.
Raf: O czym jest ta książka. Jak ty to postrzegasz?
Juliusz Strachota: Na dobrą sprawę ta książka, jak i poprzednia oraz wszystko inne, co piszę, jest o tym jak w ogóle rzeczy w życiu się zdarzają. I wszelkie konfiguracje naszych zdarzeń życiowych mnie interesują. Może to jest jeden bohater rozrzucony na szachownicy różnych swoich przypadków, może kiedyś zbiorę całą szachownicę - złożę je razem i będą to wszystkie możliwe przypadki bohatera, które mogły się zdarzyć. A może jest to kilku bohaterów. Natomiast interesuje mnie pewna zagadkowość i absurdalność tego, co nam się przydarza w życiu i tego, co nas za chwilę czeka. Taka nieprzewidywalność. O tym są pewnie te książki.
Raf: Trochę też o relacjach międzyludzkich, może czasem kłopotliwych sytuacjach.
Juliusz Strachota: Zdecydowanie. Ale czy one są kłopotliwe? Ja myślę, że one są czasem może dość mocno wyrażone. Relacje w ogóle są trudne. Czasami się je na siłę ułatwia, czasami na siłę utrudnia. Problem polega na tym, że bardziej zaglądamy sobie do głowy niż realnie spoglądamy na to, co się dzieje między nami. Dlatego też te relacje są utrudnione. Bohaterowie bardzo często przywiązują się do swoich wizji i generalnie nie są prostymi postaciami.
Raf: Główny bohater, pomimo, że przybiera różne twarze w kolejnych odsłonach książki, dla mnie jest jedną spójną osobą. Być może głupie pytanie. Na ile pisarz utożsamia się ze swoim bohaterem.
Juliusz Strachota: To pytanie wcale nie jest takie głupie. Odpowiedź na to pytanie jest trudna, a pytanie rzeczywiście stawiane jest często.
Raf: Moje pytanie to łagodniejsza wersja wyświechtanego pytania na ile książka jest autobiograficzna?
Juliusz Strachota: Ja się tego pytania nie boję. Już się nawet do niego przyzwyczaiłem. Ludzie mimowolnie utożsamiają bohatera z autorem. Jak widać, tak jest łatwiej. W przypadku tej książki i poprzedniej, w ogóle jest bardzo łatwo. Gdy główny bohater ma depresję, to pani w radiu mówi, że Juliusz Strachota ma depresję, musi brać pastylki, a potem jeszcze dodaje, że jestem informatykiem, bo w jakimś innym opowiadaniu jest informatyk i ja nagle staję się jakimś bytem wyjętym z książki. I w ten sposób staję się bohaterem swojej książki. Przez takie rzeczy jest mnie bardzo dużo w tej książce albo tej książki jest bardzo dużo we mnie. Ale już wracając do tego, co jest na serio. We mnie są strasznie duże pokłady neurozy. To jest tak, że gdzieś z tyłu głowy ja mam taką wielką kopalnie tej neurozy. Eksploracja tej kopalni ma sens tylko wtedy, gdy można z tego zrobić jakiś użytek, na przykład napisać opowiadanie. Bo wydobywanie tego na wierzch na codzień w relacjach z żoną, czy w pracy nie ma kompletnie sensu. A że ja to mam, to mogę mniej lub bardziej świadomie tego użyć, a że mi to czasem wychodzi, więc opowiadam. Czasem mnie to przeraża, że coś takiego mi "wylazło", no ale tak to się po prostu dzieje. Te teksty same się piszą na dobrą sprawę. Jak kończę pisać - muszę jeszcze raz przeczytać, żeby zobaczyć co napisałem.
Raf: Mam wrażenie, że ten tekst bardzo łatwo przelał się na kartkę.
Juliusz Strachota: Ale to też nie są flaki z drugiej strony. Ja piszę swoimi problemami, ale jednak jest w tym dużo dystansu. To absolutnie nie jest tak, że mnie interesuje przelewanie moich problemów na papier, bo to tak nie jest.




Juliusz Strachota
urodził się w Warszawie, a obecnie mieszka w Nowej Hucie. Studiował kulturoznawstwo na UW oraz fotografię w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej w Łodzi. Autor zbioru opowiadań "Oprócz marzeń warto mieć papierosy" oraz tekstów publikowanych w Lampie, Polityce, Czasie Kultury i Gazecie Wyborczej.


piątek, 6 listopada 2009

Targi Książki w Krakowie

W uroczym towarzystwie (kolegi na P. i koleżanki na M.) udałem się na Targi Książki w Nowej Hucie. Misja - oprócz przyjemności czytelniczych - miała również dostarczyć wrażeń estetycznych na stoisku MODNEGO KRAKOWA (http://www.modnykrakow.pl/). Spotkaliśmy podróżniczkę Dorotę Polaczek (http://www.dna2007.pl/) oraz znajomych zewsząd. Przy stoliku rozłożyliśmy nasze drobiazgi o Podgórzu, przewodniki, pocztówki i magnesy. Taki niby to happening. A dookoła książkowy zawrót głowy. Powstają miliony książek z potrzeby tworzenia. Pan Grzegorz z Vis-a-vis Etiuda właśnie opublikował zapowiadane mity greckie, a ja odnalazłem książkę sprzed lat. Narcyz i Złotousty Hermanna Hessego.




















































































"... Poczynam rozumieć czym jest sztuka. Dawniej zdawało mi się, że w porównaniu z myśleniem albo wiedzą nie zasługuje, aby ją traktować zbyt poważnie. [...] Przyznawałem wprawdzie, że cenię sztukę, przyznawałem z przyzwyczajenia, ale właściwie byłem pyszny i spoglądałem na nią z góry. Teraz dopiero widzę, jak wiele istnieje dróg do poznania i że droga ducha nie jest jedyną, może nawet nie najlepszą. "
[Narcyz i Złotousty, Hermann Hesse, PIW, str. 310.]